Ta okazja do nagradzania nadarza się przez bardzo krótki czas.

Najbardziej chcemy, by były dorosłe w kościele. Oj, jeszcze nikt z pewnością nie słyszał, by tam ktoś nagrodził dreptanie wzdłuż Drogi Krzyżowej, rysowanie słońca na kartkach z intencjami, skoki w dal po ołtarzach bocznych, wyjmowanie z rąk XV-wiecznym rzeźbom mieczy, włóczni, rękawic. Tam od urodzenia dzieci powinny składać ręce, siedzieć nawet jak ledwo chodzą, głośno mówić „Ojcze nasz” i pięknie śpiewać „Alleluja”. 

Nawet, gdy dociera do nas myśl: „Nie, to niemożliwe”, to i tak zazwyczaj presja opinii tzw. ławkowej jest zbyt duża, bo: - „Widziałaś, taki duży, a całą mszę spacerował” (uf, nie mój), „A kto to tak dziś krzyczał?” (Hm, chyba nie mój) i dobitne: „Za naszych czasów to było nie do pomyślenia, by…” (to mógł być mój). I tak każdej niedzieli wracasz do domu z uczuciem porażki, bo skoczył, bo pobiegł, bo nie przekonała go chwilowa przerwa na zewnątrz, bo nie uwierzył, że kościół to nie plac zabaw. 

Często się zastanawiamy nad tym, jakie prawa ma dziecko w kościele: „co może i kiedy”, a gdyby tak leciutko przenieść akcent i zapytać: jakie prawa ma dzieciństwo w kościele?  Dzieciństwo jakoś tak nie pasuje nam do kościoła. Pewnego dnia Ojciec Święty Papież Franciszek w Domu Świętej Marty miał powiedzieć do matki, której dziecko zaczęło płakać podczas kazania: „Nie przejmujmy się, bo kazanie dziecka w kościele jest piękniejsze od kazania księdza, kazania biskupa i kazania Papieża. Pozwól mu płakać - pozwól mu, bo jest to głos niewinności, który przydaje się wszystkim”.

Pozwól – to kolejna trudność, bo gdzie jest ta granica – na co jeszcze można pozwolić, a na co już nie? Dzieciństwo ma szansę wedrzeć się do kościoła, ale tylko jedną nogą i najlepiej od tyłu, od zachrystii? Faktycznie nie wolno biegać, skakać, głośno się śmiać, niszczyć zabytkowych elementów i dobrze, że jako dorośli nie stajemy się biernymi obserwatorami, trzeba bowiem przyznać, że jak do owego biegania i skakania dochodzi, to nie tyle irytuje nas dziecko, co przypisany do niego dorosły. To też zdroworozsądkowa zasada.

Musimy jednak znaleźć w sobie to coś, co pozwolić dzieciństwu wejść na kościoła.  Boże Narodzenie. Mała Iga zna kolędy, uczyła ich się jeszcze przed chwilą w domu z ulubioną płytą, z babcią, w przedszkolu. Zna świetnie. Teraz śpiewa głośno, bardzo, zresztą jak to mówi jej przedszkolny kolega: mega. Mama Igi spogląda w stronę taty, który Igę trzyma na rękach i daje wymowne znaki, by uciszył, by zwrócił uwagę, ale on serdecznie wzrusza ramionami: niech śpiewa!

Wakacje. Piotruś ma na sobie nienajgorsze krótkie spodenki i koszulkę polo z kołnierzykiem. Upiera się, że do tego zestawu chce włożyć muchę. Chodzi w takiej w rakiety od tygodnia do przedszkola, codziennie do innych dresów. Mówi: by panie się zachwyciły. Tata protestuje: to kościół, nie ma wygłupów, ale mama po cichu: niech idzie. Dla niego ta mucha jest całkiem na serio – elegancja ma tu inny wymiar niż dla dorosłego, który nie włożyłby jej do jeansów. 

Nudno! Długo jeszcze?! Kto z nas, rodziców tego nie usłyszał choć raz? Rodzaj wstydu zależał zazwyczaj od poziomu głośności. Wydaje się, że rodzaj kary od tego, czy naprawdę było nudno, bo jeśli faktycznie było, to poziom irytacji dorosłego też doszedł do głosu i ciach – kara „mega”. „To nieładnie  tak głośno komentować, to niegrzeczne” – w naszym dorosłym świecie pewnie owszem, a może w tej małej głowie to odruch bezwarunkowy, to mus, by wyrazić siebie. A gdyby tak zamiast kary, no może nie nagradzać od razu, ale jednak… Może ksiądz, który stał za ołtarzem, usłyszał i się trochę przejął, że jednak kazanie ciut za długie i że następnym razem coś trzeba zrobić z tymi ogłoszeniami. 

Temat dziecka w kościele powraca co jakiś czas. Dzieli. Na tych, którzy mówią, żeby wychowywać do bycia tam, do posłusznego stania, siedzenia, bezwarunkowej ciszy i na tych, którzy przynoszą (o zgrozo!) całe worki zabawek, szeleszczących, stukających, którzy domagają się specjalnych miejsc w kościele i specjalnych mszy  z udziałem dzieci. 

Dzieciństwo naszych dzieci to piękny czas. Przemija bardzo szybko. Dorosły świat z każdym ich rokiem wzywa je do siebie, nieubłagalnie. A tak całkiem moralizatorsko: może bez popadania w skrajności warto znaleźć w sobie takie miejsce, które i temu dzieciństwu pozwoli wejść do kościoła. Każdy z nas ma na pewno w sobie tę odrobinę wewnętrznej przestrzeni.

Na marginesie.

Jeszcze jedna myśl, która przyszła do mnie i jest z pewnością efektem pewnej bardzo sympatycznej i świeżej znajomości. Nie widzę dzieci niepełnosprawnych w kościele. Nie widzę ich na mszach dla dorosłych, na mszach z udziałem dzieci, nie widzę ich w godzinach porannych, wieczornych. Można założyć, że wszyscy rodzice dzieci niepełnosprawnych przeżywają kryzys wiary lub ją stracili. Wydaje mi się to jednak mało prawdopodobne. Nie widzę autystyków, dzieci z zespołem aspergera, dzieci chorych neurologicznie, ruchowo. I dziwię się temu odkryciu tylko przez chwilę. Bo skoro my dorośli mamy problem ze zdrowym dzieciństwem w kościele, to co dopiero z tym, którego nie znamy, które zostało jakoś inaczej pokolorowane, któremu jeszcze trudniej, a czasem powiedzmy uczciwie nie sposób wytłumaczyć: nie teraz!  Ale przez to, że trudniej, temat nie znika…